NOTP 2025
Night of the Proms 2025 – czas zamknąć pewien rozdział.
Przez dwadzieścia lat Night of the Proms było dla nas czymś więcej niż koncertem. To był rytuał: bilety kupowane z wyprzedzeniem, ekscytacja, wspólne wyjazdy, ta mieszanka klasyki i popu, która kiedyś naprawdę potrafiła poruszyć.
W tym roku jednak po raz pierwszy poczułem, że ta magia gdzieś się rozmyła.
Zaczęło się niewinnie — sprzedaż biletów na kolejny rok zawsze ruszała drugiego dnia koncertu we Frankfurcie, tuż przed rozpoczęciem wieczornego show. Tym razem jednak zajrzałem na stronę zupełnie przypadkowo w południe i okazało się, że sprzedaż już trwa (co nie powinno się nigdy zdarzyć!). Naszych stałych miejsc nie było, a w najbliższej okolicy również wszystko było wyprzedane. Dziwny sygnał, ale wtedy jeszcze machnęliśmy ręką. Dopiero później okazało się, że to był przedsmak tego, co nas czeka.
Kiedyś na scenie stali artyści, których znało się od lat. Może nie byli już młodzi, może nie mieli tej dawnej energii, ale wystarczyło jedno zdanie, jeden dźwięk — i człowiek wiedział, że obcuje z kimś wyjątkowym.
Dziś wielu z nich już nie ma. A bez Johna Milesa, który był sercem całego przedsięwzięcia, Proms stracił swój fundament.
Tegoroczna edycja tylko to potwierdziła. Głośno? Owszem. Ale głośno nie znaczy dobrze. Przy Cooperze momentami brzmiało to tak, jakby realizator dźwięku testował granice ludzkiej wytrzymałości — kompletnie oderwany od tego, co działo się na scenie. Nawet muzyka poważna była przebasowana do granic absurdu, jakby ktoś pomylił filharmonię z klubem techno. Zamiast emocji pojawiało się zmęczenie, a zamiast wzruszenia — rosnąca chęć, żeby ten fragment po prostu się skończył.
Na szczęście były też momenty, które ratowały wieczór. Michael Schulte pokazał klasę i świeżość, której tam bardzo brakowało. Safri Duo z kolei przypomnieli, jak wygląda koncert, który naprawdę porywa publiczność — nawet mój zegarek uznał, że to dobry moment na dodatkowe 2500 kroków.
I tak, po dwóch dekadach, doszliśmy do wniosku, że to dobry moment, by postawić kropkę. Nie z żalem, nie z rozczarowaniem — raczej z poczuciem, że przeżyliśmy coś pięknego i kompletnego.
Programy z tych lat zostają z nami. Wspomnienia też. A co będzie dalej? Zobaczymy. Może znajdziemy nową tradycję, może wrócimy kiedyś z ciekawości. Na razie jednak zamykamy ten rozdział z uśmiechem.
